Złote usta w pustych kawalerkach. Chryzostom kontra Tinder
Zaktualizowano: 17 sie
Konstantynopolitański syndrom szklanych domów
Pod koniec IV wieku naszej ery Konstantynopol nie był po prostu stolicą Cesarstwa Rzymskiego – był globalną syntezą ludzkiej pychy, bizantyjskiego blichtru i architektonicznego triumfu nad naturą. Nowobogackie elity, upojone bliskością cesarskiego dworu, budowały pałace, których ściany wykładano rzadkimi marmurami, a sufity pokrywano szczerym złotem. W tych odciętych od świata, ociekających luksusem przestrzeniach rodził się specyficzny rodzaj starożytnej neurozy: kult absolutnej niezależności, połączony z bezgraniczną pogardą dla udręczonego plebsu tłoczącego się na ulicach.
W tę rozgrzaną do czerwoności atmosferę konsumpcjonizmu wkroczył człowiek, którego rzymski świat zapamiętał jako Jan Chryzostom – Złotousty. Gdy stawał na ambonie katedry Hagia Sophia, nie uprawiał akademickiej teologii abstrakcji. Był chirurgiem ludzkich sumień. Analizując pałacowe mury bogaczy, postawił diagnozę, która do dziś poraża swoją uniwersalnością. Grzmiał, że złoto na ścianach ma ukryć jedno – paraliżujący strach przed drugim człowiekiem.
„Budujesz wspaniałe mury, rozszerzasz swoje posiadłości” – wołał Chryzostom w swoich słynnych homiliach o bogactwie i ubóstwie – „a nie widzisz, że zamykasz w nich swoją własną, bezbrzeżną samotność. Myślisz, że to bogactwo cię chroni i czyni wolnym, a ono jedynie odcina cię od jedynego źródła życia, jakim jest miłość do bliźniego. Stałeś się więźniem własnego zamku”.
Nowoczesne spichlerze z betonu i szkła
Gdyby patriarcha Konstantynopola przeszedł się dzisiejszymi ulicami Krakowa, Warszawy czy Manhattanu, nie musiałby zmieniać w swoich pismach ani jednej linii tekstu. Zmieniła się technologia, ale architektura ludzkiego egoizmu pozostała nienaruszona. Miejsce bizantyjskich pałaców zajęły nowoczesne, luksusowe apartamentowce i ogrodzone zamknięte osiedla. Ich reklamy kuszą współczesnego człowieka tą samą starożytną obietnicą: „Kup to, bądź samowystarczalny, odetnij się od chaosu, zainwestuj w swoje bezpieczeństwo”.
Współczesna kultura kapitalizmu i skrajnego indywidualizmu stworzyła dogmat, według którego szczytem rozwoju osobistego jest osiągnięcie stanu, w którym nie potrzebujemy nikogo do szczęścia. Kupujemy luksusowe kawalerki na bezpieczny wynajem, bierzemy samochody w leasing, opłacamy subskrypcje i aplikacje mające zaspokoić każdą naszą potrzebę – od dostawy jedzenia po potrzebę prestiżu. Stworzyliśmy religię samorozwoju, która drugiego człowieka definiuje jako potencjalny koszt, emocjonalne ryzyko lub ograniczenie naszej świętej wolności.
Rezultatem tego społecznego eksperymentu są tysiące młodych, świetnie zarabiających ludzi, którzy wieczorami wracają do swoich laboratoryjnych, designerskich wnętrz i w kompletnej ciszy pustych ścian zmagają się z dojmującym, panicznym poczuciem egzystencjalnej pustki. To jest właśnie nowoczesne więzienie, przed którym ostrzegał Złotousty.
Algorytm transakcyjny zamiast przymierza
Najbardziej dramatyczny wymiar tego procesu dokonał się jednak tam, gdzie tkwi serce humanizmu – w sferze budowania bliskości. Ponieważ zamknęliśmy się w murach i odcięliśmy od naturalnych przestrzeni spotkania offline, relacje międzyludzkie przenieśliśmy do tinderowych algorytmów. Narzędzia, które miały nas połączyć, dokonały ostatecznej utylitaryzacji drugiego człowieka. Aplikacje randkowe zamieniły najpiękniejszą ludzką tęsknotę za miłością w bezduszny rynek transakcyjny – w cyfrowy katalog produktów, gdzie ludzkie życie podlega natychmiastowej, powierzchownej selekcji za pomocą jednego ruchu palca.
Kult jednostki obiecuje, że wolność od głębokich zobowiązań, unikanie małżeństwa i traktowanie relacji jako tymczasowych kontraktów z krótkim terminem ważności to klucz do niezależności.
To tragiczne kłamstwo.
Zamieniliśmy wierne przymierze na rynkową transakcję, a bezwarunkową bliskość na wieczny, dopaminowy niedosyt. Dzisiejsza „wojna płci”, podsycana przez internetowe narracje, uczy nas wzajemnej podejrzliwości.
Kobiety i mężczyźni stają naprzeciw siebie nie jako partnerzy gotowi do budowania wspólnego domu, ale jako negocjatorzy dbający wyłącznie o własny bilans zysków i strat.
Powrót do radykalnego humanizmu
W instytucie i wydawnictwie Via Humanitas chcemy przywrócić głos mądrości Ojców Kościoła i klasycznej filozofii nie z powodów nostalgicznych, ale dlatego, że to oni postawili najgłębszą, twardą psychologicznie diagnozę ludzkiej duszy. Chryzostom przypomina nam przez wieki o żelaznej prawidłowości: chciwość, skupienie na statusie materialnym i ucieczka przed odpowiedzialnością za drugiego człowieka zawsze, bez wyjątku, kończą się tak samo – bezbrzeżną samotnością pośród pozornego luksusu.
System uczy nas, że bezpieczeństwo to wyłącznie stan konta, ale prawda jest inna. Pieniądze są zmienną rzeczywistości – dziś są, jutro może ich nie być, a ich ewentualny brak zawsze można nadrobić wspólną pracą. Prawdziwe bogactwo i odporność psychiczna człowieka rodzą się tylko tam, gdzie potrafi on odłożyć telefon, zaryzykować swoją dumę i otworzyć drzwi swoich domowych murów dla drugiego człowieka.
Czas zatrzymać to szaleństwo samotnego biegu po pozorne sukcesy. Czas porzucić cyfrowy blichtr Konstantynopola XXI wieku i odważyć się na rewolucyjny powrót do tradycyjnego, pięknego sznytu wierności, małżeństwa i rodziny. Bo tylko w relacji opartej na lojalności i klasycznych zasadach moralnych człowiek zrzuca maski i przestaje być profilem w algorytmie.
Zapraszamy do wyruszenia w tę drogę – drogę powrotu do ciepła domowych murów, w których człowiek żyje naprawdę tylko wtedy, gdy zaczyna żyć dla drugiego.
